Powrót Magdaleny Prask z wyprawy w Tienszan

Share

tienszan magdalena praskNajnowsze wieści z wyprawy Magdaleny Prask w góry Tienszan mającej na celu wejście na dwa siedmiotysięczniku należące do tzw. "Pantery Śnieżnej" - Chan Tengri i Pik Pobiedy - dwa ostatnie szczyty, które pozostały Magdzie do skompletowania wszystkich szczytów Pantery Śnieżnej.

No to wróciłam do cywilizacji po blisko miesięcznym pobycie w sercu gór Tienszan… Jestem w Karakol i pomału kieruje się już w kierunku domu…

Już po powrocie do domu uzupełnię w internecie dziennik wyprawy (na bieżąco robiłam to i robię w wersji papierowej). A na razie tylko w wielkim skrócie co udało mi się osiągnąć i dlaczego tylko tyle.
A wiec muszę przyznać, ze była to jedna z najniebezpieczniejszych i najmniej dla mnie przyjemnych wypraw. Dlaczego tak się stało – mam swoje przemyślenia i jasno będzie to wynikać z mojego dziennika – do którego lektury serdecznie zachęcam w przyszłości.

1. Już po przyjeździe do Bazy dowiedzieliśmy się, ze na Chan Tengri zaginał młody chłopak z Warszawy – wyszedł z III Obozu i już nikt go więcej nie widział – po kilku dniach w Tienszan przyjechała jego matka i z helikoptera szukała jego ciała na stokach Góry.


2. już na początku wyprawy przekonałam się, ze w zasadzie nie mam partnera wspinaczkowego – Michał bardzo źle znosił wysokość i przez wiele dni w ogóle nie był w stanie wyjść powyżej Bazy

3. Tienszan to góry słynące ze zlej pogody – ale w tym roku pogoda była WYJĄTKOWO kiepska- bardzo mało dni umożliwiających działalność górską. W efekcie schodząc z aklimatyzacji zostałam sama uwieziona w Obozie II – śnieg zasypał trasę kluczącą pomiędzy szczelinami i bardzo duże zagrożenie lawinowe (odcinek miedzy Obozem I i Obozem II to prawdziwa „rosyjska ruletka” – wiele ludzi tam zginęło w lawinach)

4. w końcu wraz z dwoma Anglikami zdecydowałam się na zejście w dol – związaliśmy się liną – ja szlam w środku – szukając po omacku przejścia nagle prowadzący poleciał w dół – wszedł na nawis śnieżny olbrzymiego seraka – spadł ok 10-15 metrów – z dużym wysiłkiem zatrzymaliśmy ten upadek – gdyby nam się to nie udało zabilibyśmy się wszyscy spadając w przepaść… szczegóły później… 2 metry dzieliły mnie od śmierci – w takiej odległości od krawędzi seraka udało nam się zatrzymać ten lot

5. pakując się w pospiechu na wyjście na pierwszy atak szczytowy wybiłam sobie duży fragment zęba „dwójki” – dla mnie traumatyczne zdarzenie, bo przez cala resztę wyprawy i jeszcze teraz straszę wszystkich swoim szczerbatym uśmiechem

6. na początku sierpnia dowiedziałam się, ze „mój partner” już ma dość gór i opuszcza Bazę – zostałam w górach sama

7. mój schemat działania bym następujący: gdy tylko pogoda pozwalała uderzałam do góry – najczęściej były to 2-3 dni – w tym czasie musiałam się zmieścić w czasie – co okazało się ekstremalnie trudnym przedsięwzięciem – podobno tak fatalnego pogodowo sezonu nie było od wielu lat

8. trzy razy wychodziłam z Bazy na atak szczytowy:

1-szy raz doszłam tylko do Obozu II (5.300m npm) i dowiedziałam się o załamaniu pogody – maja na uwadze moje wcześniejsze doświadczenia kiedy to utknęłam w Obozie II, tym razem już pierwszego dnia śnieżycy uciekałam w dół

2-gi samotny atak szczytowy zaczęłam w Obozie III (5.800m npm) dokąd doszłam po morderczej dla mnie wspinaczce z Obozu I (4.300m npm) – w nocy wyszłam na szczyt i musiałam się wycofać, bo wszyscy inni ludzie się wycofali z powodu bardzo bardzo silnego wiatru – doszłam na wysokość 6.300m npm

3-ci samotny atak szczytowy planowałam rozpocząć z Obozu IV, ale z powodu krótkiego okna pogodowego nie miałam szan dojść tam w jeden dzień z Obozu I – tym razem przemarsz do Obozu III okazał się jeszcze gorszy niż poprzednio, bo do przetorowania były 5 dniowe opady śniegu (min pol metra) – oczywiście nie ja torowałam (powiem szczerze – szlo nas ok 20 osób ale i tak przejście szlo dużo wolniej niż moje poprzednie razy) – gdy w końcu udało mi się dojść do Obozu III, po ciężkiej nocy w jamie śnieżnej ok 5.00 rozpoczęłam atak szczytowy – ... dużo dużo by pisać o przebiegu mojego ataku szczytowego... i na pewno o tym napisze – dość powiedzieć, ze na wysokości 6.700m npm podjęłam bardzo trudna dla mnie decyzje o wycofaniu się. Gdy zaczęłam się wycofywać niemal płakałam z żalu, po kilku zjazdach na linie gdy zdałam sobie sprawę, ze opadłam z sił podczas wspinaczki dziękowałam Bogu, ze pozwolił mi zachować resztki zdrowego rozsądku i ocali mi życie. Słaniając się na nogach dotarłam do mojej jamy śnieżnej już w nocy. Na Chan Tengri nie kończy się świat, a na Chan Tegri mogły się skończyć moje górskie przygody...

droga pantera sniezna magdalena prask

Przez miesiąc walczyłam na Chan Tengri – na Pik Pobiedy nawet nie wystartowałam (wychodząc z założenia, ze zrobię to po Chan Tengri)

Jak się czuje teraz: jestem smutna i rozczarowana. Nie tak miało być.
Mówi się, ze porażki uczą nas najwięcej. Ja rzeczywiście odebrałam podczas tej wyprawy kilka lekcji i jedna najwalniejszą – najważniejszy na wyprawie jest sprawdzony partner!

Podobne Artykuły:
Wyprawa Tienszan Expedition 2013 zakończona
Po 34 dniach trwania, Wyprawa Tienszan Expedition 2013 właśnie została zakończona. Niestety Magdalenie Prask nie udało s ...
Magdalena Prask dodarła do 5800m na Chan Tengri
Najnowsze wieści z wyprawy Magdaleny Prask na Chan Tengri: 1 sierpnia 2013 r. Po kilku dniach aklimatyzacyjnej akcji górs ...

Używamy plików Cookies, aby ułatwić Ci korzystanie z naszego serwisu oraz do celów statystycznych. Korzystanie z serwisu oznacza akceptację warunków używania Cookies. Wiecej o polityce prywatnosci tutaj.

Akceptuje uzywanie Cookies na tej stronie.

EU Cookie Directive Module Information